poniedziałek, 09 październik 2017 10:25

...najdalszą podróż

Rate this item
(0 votes)

Podróżując, najdalej można dojść tylko pierwszy raz.

Siedzieliśmy sobie z P., w przyszłości moim długoletnim kompanem podróży, na szarym piasku tuż obok kosza na śmieci. Patrzyliśmy w morze i słuchaliśmy szumu fal. Nie myśleliśmy o niczym - to nie zdarzy mi się już nigdy później. Bez wątpienia byliśmy królami życia - mieliśmy bochenek chleba i piwo, niech będzie – postanowiliśmy - śpijmy dzisiaj na plaży.

Nieopodal ratownicy, z którymi bawiliśmy się do piątej rano (Mój boże! pierwszy raz tak długo! Mój boże, pierwszy raz widziałem c a ł ą  n o c !) szli już spać. Mieli swoje materace, kobiety i jeszcze trochę wódki, dla nas nie było już miejsca. Trudno. Wtedy coś mnie tknęło, nie wiem czy był to duch włóczęgi, który spadł z ramion spacerowiczów wyprowadzających psa, czy to miejsce, poł mrok, gwiazdy, niebo, słońce, księżyc - a może po prostu wszystko.

- P.! - Prawie krzyknąłem

- Co? - Mój kompan zerwał się wystraszony.

Już spał, potrafił spać zawsze i wszędzie.

- Chodźmy stąd!

- Gdzie?

- Gdziekolwiek…

„Gdziekolwiek” - czy nie tak zaczynają się Wielkie opowieści o Wielkich podróżnikach? Choć my byliśmy jeszcze na wskroś mali - nie osiągnęliśmy nawet pełnoletności, a o dorosłości już nie wspomnę, to nic nie stało na przeszkodzie by od teraz być kimkolwiek zechcemy. Mieliśmy odwagę, upór, szaleństwo i kosmos po swojej stronie i mieliśmy coś jeszcze - coś czego zabraknie nam w parszywej przyszłości, gdy los zaatakuje ze wszystkich stron: byliśmy bezkompromisowi. Ruszyliśmy w stronę mieniącego się kacem miasta, wyglądało jak smok, który przed chwilą zioną dumnie ogniem, a teraz było mu głupio, że wszystko podpalił. W naszych załzawionych ze zmęczenia oczach płonęły chodniki, latarnie, hotele, molo i światełka na pierwszych kutrach oraz ludzie, ludzie, którzy mogli jeszcze nazywać się ludźmi.

Szliśmy omijając strumienie, gdzieniegdzie dostrzegaliśmy innych buntowników koczujących pod skarpą w lasku, na ziemi, na plaży, bo noc była ciepła, chyba najcieplejsza w moim życiu. Psom nie chciało się szczekać, zupełnie jakby przed wschodem słońca nie miały głosu. Morze przejmowało czerń od nieba, gwiazdy odlatywały w komos, wgniataliśmy piasek, choć nasze dusze były lekkie jak sunące nad powierzchnią stawu ważki. Nieśmiałe ogrodzenie miasta w postaci kilku chatek i baru kończyło w morzy małe białe molo, wydawało mi się, że to dziwne, że nigdy go nie widzieliśmy i uznałem, co P. potwierdził, że zazwyczaj musi być zatopione, wyłania się, gdy schody do raju potrzebują ścieżki tuż pod plażę. Przeskoczyliśmy ogrodzenie i posiedzieliśmy chwilę na ławce. Było cicho, wiatr wydawał się bawić w chowanego z morską pianą, nic nie obchodziło nas to, że wielu ludzi budziło się ze snu, podczas gdy my, nie położyliśmy się jeszcze spać i ten dzień jest dla nich następny, a nasz, poprzedni, się jeszcze nie skończył. Właściwie nie obchodziło nas nic prócz miłości. „A potem to gubimy”, myślałem, a przecież nie powinniśmy myśleć o niczym innym przez całe życie. W końcu wygonił nas cieć, który odpalił peta od ognia zapalniczki P. mówiąc, że gdyby to od niego zależało to moglibyśmy nawet tutaj zamieszkać.

- Lecz niestety – splunął – jebał ich pies! Dyrektory!

                Poszliśmy dalej, słońce zawisło już całe nad horyzontem, było jak kółeczko wycięte przez przedszkolaków z żółtej karki w pół pustym kolorowym bloku, wschód malował płótno ziemi światłem, cholera, to jeden z piękniejszych obrazów jaki widziałem.

                Czułem ciepło, ale od strony wnętrza, jakby moje ciało było puste, nie miało organów i jakaś ciepła, miękka rzecz mogła pulsować w środku. Zawsze byłem chudy, czułem zapadniętą skórę, głód, lecz po mimo tego i siłę, moje nogi kroczyły bezwiednie, nie męcząc się, nie potrzebowałem snu, mogłem mówić, mogłem marzyć, mogłem być tam gdzie byłem, mogłem osadzić się w sobie, miałem przyjaciela, przyjaciół, żyłem i szedłem, szedłem najdalej jak mogłem.

                Wleźliśmy na strażnicę ratowników, rozsiedliśmy się w środku i w milczeniu chłonęliśmy raczkujący dzień. Chciałem coś powiedzieć, nie koniecznie coś wzniosłego jak to będę miał w zwyczaju kilka lat później, ale nagle rozległ się głos, wyraźnie mikrofonowy i rozkazał nam zejść z wieżyczki grożąc konsekwencjami i karą.

- Widzisz P. – wstałem podnosząc głowę w górę – Bóg do nas przemówił!

                To były jego pierwsze słowa, tak zaczął i choć wiele razy będzie się jeszcze do mnie zwracał, nawet po tym jak ja zawieszę z nim kontakt, prośbę zejścia z wieżyczki będę traktował najpoważniej.

                Na najdłuższym drewnianym molo w Europie oparliśmy się o białe barierki, tuż obok zamoczonych, trawionych alkoholem ciał, trzech imprezowiczów płci męskiej. Mewy zaczęły ogląd wybrzeża, wędkarze zahaczali robaki na haczykach, gdy wiatr się zmieni zarzucą wędki i zaczną się relaksować. Kto tu jest na swoim miejscu? Na pewno nie my. Chleb się skończył, piwo rozpłynęło się jeszcze wcześniej. Milczeliśmy i wyobrażaliśmy sobie jak skaczemy do wody i płyniemy w pław do Peniche w Portugali.

- P.? Ile my mamy lat?

- Nie mam pojęcia stary.

                Wyskrobaliśmy kilka złotych z kieszeni, nie nosiliśmy wtedy portfeli, to było zbyt niebezpieczne, a poza tym co mielibyśmy w nie włożyć? i zjedliśmy kebab, najohydniejszy, zimny, mały kebab w naszym życiu. P. jak zwykle się upieprzył, ale o tej godzinie na Monte Casino wszyscy byli brudni. Pomimo tego odstawaliśmy od grupek zmierzających na kolejkę, byliśmy jak dzieci ubrane w biało grantowe mundurki przechadzające się po kopalni. Budynki nachyliły się w stronę ulicy, przypominały dojrzałe słoneczniki, które śmiały się z nas za każdym parsknięciem tracąc nasiona. Przed nami zatrzymały się dwie suki, wyszło z nich kilkoro policjantów, instynktownie zmieniliśmy trasę, wiedzieliśmy, że nie uda nam się prześlizgnąć obok nich bez zaczepki, komentarzy i wylegitymowania. Wtedy otworzył się przed nami labirynt, kamieniczki, uliczki, ludzie, stłuczone butelki, jakaś czapka pod murkiem, wygnieciony trawnik i dom byłej dziewczyny P. Chodźmy stąd już, kiwnęliśmy do siebie w zrozumieniu, chodźmy spać albo na piwo, albo na jedno i drugie obojętnie w jakiej kolejności.

                Położyliśmy się na ławce, obok leżał zdechły kot, był jak kleks atramentowej nocy, zamknęliśmy oczy i wsłuchiwaliśmy się w kojące dźwięki pędzących po dwupasmowej ulicy samochodów. Ile zrobiliśmy kilometrów? Sto? Tysiąc? Dwa? A potem obudziliśmy się na starych skrzypiących zakurzonych kanapach w mieszkaniu babci P. Reszta miasta okazała się latającym dywanem, który zaniósł nas do bloków w lesie. Co teraz? Co dalej? Włóczęga. Tak to się nazywa, pomyślałem o tym kuląc powieki, włóczęga, teraz już wiem kim chce być. Wszyscy tak dumnie pięli się jak koguty, ja tym, ja tamtym, takie studia, taka praca, sukces, sukces, sukces – a ja? A P.? Kim mógł być P.? Paradoksalnie – ze mną daleko nie zajdzie. Więc ja będę włóczęgą. Świetnie!

 

                Uśmiechnąłem się i powstrzymałem kichnięcie. Powietrze pachniało różową, balonową gumą, którą ojciec kupował mi i mojemu bratu w niedzielę po kościele. Żułem ją w wyobraźni i odpoczywałem, przyszedłem tu z końca świata, nic dziwnego, że myślałem, że wszystko będzie dobrze. Byłem włóczęgą, wszystko będzie dobrze.