poniedziałek, 06 listopad 2017 22:14

...dwie pętle

Rate this item
(0 votes)

                  Los to tylko dzieje przypadku, a ten wstęp dotyczy tylko pierwszej części tej historyjki. Reszta to przepełnione pychą zmagania z nieodgadnioną rzeczywistością pewnych organizmów żywych, kręcących się w kółko po małej, niebieskiej kulce, zawieszonej w przestrzeni na peryferiach jednej ze stu miliarda galaktyk. Potem słońce wybuchnie i to by było na tyle.

                  Przed osiągnięciem prawnej pełnoletności, przed setkami książek, które przeczytam, przed filmami, które poruszą mnie na zawsze, miłością, seksem, muzyką, narkotykami i podróżami, przed filozofią i zastanawianiu się nad coraz większymi okręgami pytań błąkałem się z uśmiechem na ryju, pełny nadziei i przekonania, że wszystko powinno zostać tak jak jest teraz.

                Gdy wyruszę na poszukiwania, gdy przemierzę kilometry i kosmos w mej głowie, gdy wypiję setki toastów z napotkanymi ludźmi, dotrę do granicy, a potem niechybnie zrobię jeszcze jeden krok i zatopię się mroku. Nie jest tam ani ciemno, ani strasznie. Jest na wskroś pusto. Chcąc wyprzeć się namiętności, ambicji i małostkowości nie byłem przygotowany na to, że dalej nie ma nic.

                I to jest prawda.

                Wszystkie książki w których szukałem inspiracji nauczyły mnie, żeby nie szukać inspiracji w książkach, idąc dalej wszystkie religie, wierzenia, filozofie, systemy, ale i mędrcy, mistrzowie, nauczyciele, filozofowie, naukowcy, przedstawiciele, artyści, twórcy, którzy mieli mnie zbliżyć do prawdy, nauczyli mnie, że najbardziej zbliżam się do niej wtedy kiedy oddalam rzeczy, które mają mnie do niej zbliżyć.

                Na początku natomiast trzeba wziąć pod uwagę wszystko.

                Dlatego jest obserwacja, wiedza, nauka, mądrość, medytacja, czytanie, modlitwa, szukanie, poznawanie, czucie, zgubienie...

                Na końcu natomiast nie obserwujesz, nie widzisz, nie czytasz, nie słuchasz, nie poznajesz, nie wiesz, nie medytujesz, nie modlisz się, nie wyznajesz, nie błądzisz, nie szukasz, a poza tym jest prawda i o niej ani słowa, bo gdyby jakieś były to nie była by ona poza, zaś musi być poza, bo jeśli jest gdzieś indziej, w którejś z tych wymienionych rzeczy i nazywa się inaczej to jest nieprawdą.

                Dlatego teraz mogę kochać i żyć, a poza jest to, co jest prawdziwe.

I to jest pętla pierwsza.

               

                Więc dawno temu, przed tą prawną pełnoletnością i resztą zjawisk, siedziałem w domu i dumałem nad samotnością. Wtedy usłyszałem domofon, wstałem i bezwiednie, jak upadające drzewo, odebrałem. To był Kacper. Zapytał, czy mam ochotę na imprezę i jeśli tak to mam wpadać do niego. Właśnie tego było mi potrzeba. Założyłem buty i pobiegłem. Trochę się denerwowałem, ale gdy drzwi otworzyła Marta Cz. racząc mnie głębokim uściskiem i piskliwym zaroszeniem wszelkie negatywne uczucia prysły. Nie miałem pojęcia o co chodzi, ale była to najdziwniejsza impreza w moim życiu.

                Goście: Kacper i jego trzech kumpli byli starsi od nas (Ja i Marta Cz.) o dwa lata. Kończyli już ogólniaka, a my go zaczynaliśmy. Każdy z nas miał swój powód do picia. Byliśmy jak korki od wina, różne butelki, różny zapach, choć generalnie chodzi o to samo. Toast, a potem krzyk Marty Cz. i rozmowy.

                Chłopaki zaczęli opowiadać mi o świecie, o tym, że to nie jest tak jak wygląda, że są siły, które rządzą tym zakulisowo, że planeta nie wytrzyma i że jesteśmy niewolnikami. A ja tylko wzruszałem ramionami i kiwałem głową. Jak pies wracający z nieudanego polowania – i tak szczęśliwy, że się wyhasał.

- Nie obchodzi Cię kto tym rządzi? – Jeden z chłopaków zwrócił się do mnie bezpośredni.

- To nie o to chodzi, czy mnie obchodzi, czy nie. Ja chcę być tylko dobrym człowiekiem.

                Takiego stwierdzenia nauczył mnie kolega bluesman. Miał długie włosy, gitarę i jeździł kochać się z pięknymi, młodymi dziewicami na Śląsk. Jak mogłem go nie posłuchać?

                Lecz była to prawda, czułem tak naprawdę. To było miejsce, w którym powinienem zostać.

                Potem kłócili się między sobą o to co powiedziałem, że mam rację, że tylko to się liczy i że nie mam bo przecież świat, zaangażowanie i… tak dalej i tak dalej…

                A ja zerkałem nieśmiało na Martę Cz. i wyobrażałem sobie jak zasypiam szczęśliwy na jej piersiach wyglądających jak pierzyna pod którą spałem w najszczęśliwsze dni na ziemi u babci. To byłem ja. Tylko ja.

 

                Wystarczyły dwa lata.

                Świat przyspieszył. Teraz to my (ja i moja paczka i Marta Cz.) przesiadywaliśmy w domach, pubach i na kłodzie dywagując nad losem ludzkości. Ja zostałem komunistą, reszta szła za mną, a problemy były dokładnie takie same jak sprzed laty. I kłóciliśmy się o to kto tym włada, jak to NAPRAWDĘ wygląda i co z tym zrobić. Dokładanie tak samo jak nasi poprzednicy. Oglądaliśmy zeitgeista, wertowaliśmy Internet i nie mogliśmy wyperswadować młodszym kolegą o co w tym wszystkim chodzi.

                Dwa lata wcześniej czułem się lżejszy.

                Dwa lata później martwiło mnie wszystko.

                I to jest pętla druga.

               

 

                I najprawdopodobniej chodzi o ten żar w płucach, jakby to była jakaś choroba, ciepło ulatuje ku górze i pali Twój umysł. Bynajmniej nie chodzi o to by stać się ignorantem, lecz dusza na końcu drogi jest taka sama jak na jej początku. 

More in this category: « ...najdalszą podróż ...prawdę »