poniedziałek, 19 luty 2018 13:08

...Polskę I - Stepy

Rate this item
(0 votes)

                Nie zdawałem sobie sprawy, że w Polsce są stepy, ale nie zdawałem sobie też sprawy, że plecak może być tak ciężki, że wydaje się jakbym to nie ja go niósł tylko on mnie i dwanaście kilometrów to będzie wspinaczka na nieskończenie wielką górę. Nie zdawałem sobie sprawy, że poza mną jest tak wiele życia i że toczy się ono nawet jak na nie patrzę. Wydaje mi się, że nie zdawałem sobie sprawy z niczego.

                To była moja pierwsza podróż i w tym wypadku pierwsza oznacza naiwna i najcięższa, ale też wyzwalająca, jakby wpadł do studni i nie tracąc czasu nauczył się pływać. Planowałem to od dawna, to miał być fantom pragnienia ucieczki, na końcu świata nikt by mnie nie znalazł i dotarcie do Australii przez Portugalię nie mogło być takie trudne.

                Uwielbiałem mapy, właściwie wydaje mi się, że często uwielbiałem mapy bardziej niż teren, którego były odzwierciedleniem. Więc zaplanowałem trasę i każdego wieczora, podniecony, wędrowałem tak gdzie chciałem, a potem nadchodził sen i to on był bardziej realny od moich wymysłów.

                O co mi chodziło? W gruncie rzeczy o bunt, ale nie był to zwykły bunt nastolatka, to był bunt przed strachem i zaburzeniami, które szarpały moją duszę, odkąd skończyłem trzy latka. Wiedziałem, że po ogólniaku życie stanie się nieznośne, wszystkie te próby, studia, prace, kursy, to tylko wypełnianie pustki, ludzie mi uciekną i zostanę sam, a samotność, jak wiemy, to straszna trwoga.

                Kolejnym punktem była polaryzacja. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia, ona niekoniecznie, ale gdy jest się wytrwałym to nawet taki ktoś jak ja ma szanse. Potem przyjechałem do niej pociągiem bez biletu i stanąłem przed jej oczami taki jaki jestem, a ona zrozumiała, że nie ma wyjścia. I stanęła na jednej stronie biegunów i była przeciwwagą dla moich marzeń o ucieczce. Jak to pogodzić? Miłość i wieczna podróż?

                W taki sposób zaczęły się kompromisy. Pierwsza wyprawa była ich największym przejawem. Nie jechałem sam, zabrałem ze sobą P. przyjaciela ze szkolnej ławki, ponadto najpierw pojedziemy do A. który zakotwiczył się w seminarium na zachodzie Polski, a dopiero później wyruszymy do Portugalii. Nabiliśmy plecaki po brzeg, obydwoje mieliśmy problemy by je podnieść i ruszyliśmy, najpierw pociągiem, potem pieszo. Dlaczego kupiliśmy zapasy na dwa tygodnie, skoro sklepy wszędzie są te same i nie planowaliśmy spędzić więcej niż dwóch dni w lesie? Z tego samego powodu, przez którego nie wymieniliśmy złotówek na euro, nie myliśmy mapy, planu ani pomysłu jak wrócić - byliśmy nieprzygotowani.

                Zawsze myślałem, że muszę być dobrym podróżnikiem, że muszę być jak moi wielcy przewodnicy, jak Chriss McCandless, jak Jack Kerouac jak Tony Halik. Dopiero za kilka lat, najdalej od domu zrozumiem, że to nie ma sensu, nie muszę być jak oni, nie muszę być w niczym dobry. Lecz przez ten czas, gonienie gwiazd przesłaniało mi to co wokół, a potem wszystkie gwiazdy pospadały, a ja zostałem sam.

                W rezultacie nasza trasa odzwierciedliła nasze możliwości. Przez Szczecin dojechaliśmy do małej miejscowości blisko Chojny, Swobnicy, gdzie zaprzyjaźniliśmy się z klerykami skazanymi na śmierć. To tam ratowaliśmy A. od zapomnienia, to tam wnieśliśmy trochę spontaniczności w klasztorne życie młodych zagubionych chłopców. Nieopodal w ruinach zostawiliśmy listy do siebie, gdybyśmy kiedyś jeszcze tam wrócili. Potem autostopem do Cedyni i zrozumieliśmy, że ludzie o dziwnych, groźnych twarzach przeważnie mają serca ze złota, dobre i pojednane. Rozłożyliśmy się pod wielkim pomnikiem niedaleko granicy. Tam poznaliśmy podróżniczkę z Poznania, która w tym tygodniu zdobywa najbardziej wysunięte punkty kraju. Spacerem do Niemiec i na południe do Wrocławia. Rozłożyliśmy mapę na betonie kończącym schody i podziwiając krajobraz zdecydowaliśmy, do Portugali nie odjedziemy, ale trzeba coś robić. Potem wypad do Czech i na moment do mojej babci na wieś koło Wielunia. Kilka mniejszych podróży w tym do Częstochowy, a potem na północ, do domu, ale przez Olsztyn i Mrągowo gdzie mieliśmy znajome dziewczyny studiujące weterynarie. Każde z tych miejsc płynęło w nas jak krew, a krwi mamy coraz mniej i jeszcze nam kapie z ust.

                A teraz kilka wyróżniających się punktów. Najpierw duchy i anioły.

                Już na samym początku, w pociągu do Szczecina dosiadł się do nas wysoki i obszerny facet, ubrany w koszulę o jeansy z jedną małą walizką. Bez skrępowania, bez przedstawienia, zwracając uwagę na nasze plecaki powiedział:

- Co? Pierwszy raz?

- Widać?

- Widać. Ale spokojnie na drugi raz weźmiecie tylko koszuleczkę na zmianę, parę gaci i tyle.

                A potem wyprostował się i opowiadał, jakbyśmy byli ostatnimi ludźmi na świecie, którzy nie znają jeszcze jego historii.

                Podróżował, a za komuny było trudniej, zaczął od rowerowej wyprawy na pomorze, mieszkał w Płocku, gdy wrócił miał niedowład w lewej nodze i sztywne trzy palce u każdej ręki. Żebrał i mówi, że jeśli tego nie robiliśmy to musimy spróbować! Ludzie bredzą, nie wiedzą co to znaczy, ale dla młodego człowieka takie wsparcie jest fantastyczne! Podróż to stan umysłu, tu, wskazał na głowę, jesteście na Dominikanie albo w górach świętokrzyskich. Byliście na Dominikanie? Nie. Mówił, że ma firmę winiarską prowadzi ją razem z M. Konradem i nie było powodu by mu wierzyć. Więc kilka razy do roku organizuje też wycieczki, głównie na Dominikanę, bo ram najpiękniej, ludzie płacą za niego, a on im pokazuje wyspę. Już na samym początku przyczepiły się do niech, do niego i kumpla, drugiego organizatora, dwie takie piękne murzynki, i zapewnia nas, że murzynki są w tych sprawach najlepsze. I była zabawa! Raz byli w takiej wiosce, w centrum dżungli i tak jak wódz ich tylko zobaczył to kazał mi wybrać sobie kurę, z której zrobią na ich cześć rosół. Tam było chyba z trzydziestu głodnych tubylców, ale nic, musieli się dostosować i zrobili tak jak powiedział wódz. Zjedli ten rosół, gdy wszyscy patrzyli i gdy mieli się już zbierać okazało się, że zginął złoty łańcuszek jednej z tych murzynek. Gdy tylko wódz to usłyszał natychmiast kazał ustawić się w rządku wszystkim mieszkańcom, każdemu wymacał jaja, potem sam wybrał murzyna co mu wymacał i w ten sposób dowiedli, że to nie oni. Łańcuszek znalazł się w hotelu, a przygoda została.

- To są niezwykle rzeczy – kontynuuje – tyle, że tak jak wspomniałem wszystko jest w głowie. Znam ludzi, którzy co rok lecą w to samo miejsce i nie wyściubiają nosa z hotelu. Nie mają pojęcia co jest wokół nich, jakie skarby, które mogą uleczyć ich duszę. Podróżujcie, tutaj podróżujcie – znów wskazał na czerep.

                Powiedział nam, że może się nie udać połączyć miłości z wyprawami, jemu się nie udało i ludziom wokół niego również, ale możemy próbować, ostatni człowiek na końcu świata, nie może być przecież samotny.

                Uraczył nas jeszcze wieloma opowieściami, ale w tym wypadku zostaną one na dnie mojego serca. Potem wysiadł i zrobił to tak samo elegancko jak się pojawił, jakby wiedział, że pociąg poczeka, nawet jeśli rozkład chce inaczej.

                Wydaje mi się, że to był duch opowieści, który tym razem zamiast na dnie butelki rozsiadł się na dnie świata, w brudnym i starym przedziale zielonego wagonu polskich kolei państwowych. Dusza naszych pragnień.

 

 

                Z uśmiechem jechaliśmy ponad trzydziestoma stopami, okrążyliśmy kraj i zrobiliśmy ponad dwa tysiące dwieście kilometrów. Poznaliśmy historie ludzkości i taniec ludzkości, a ja mogłem obrócić się za siebie i dołożyć do nieba prawdziwą gwiazdę, nie taką zmuszającą do podążania za cieniem, ale taką, która nie spadnie i nie wybuchnie, prawdę, gwiazdkę samotną, lecz nie na zawsze.

 

 

                A stepy to te połacie ziemi na zachodzie, poprzecinane małymi, wyludnionymi wioskami, która jakby rozszerzają się, gdy w nie wchodzisz. To je właśnie musieliśmy pokonać pieszo z plecakami, które wybuchały z przeciążenia. Stepy pod mgła, w lekkiej mżawce, gdzie nawet zwierzyna która niepewnie wychodzi z lasu wygląda jak członki pradawnych demonów, bogów kniej. Ten rejon tak bardzo utkwił mi w pamięci, bo to były pierwsze kilometry w najdłuższej wyprawie, którą podjąłem jakby podpisując cyrograf z diabłem, bez zastanowienia, oszukany, ale prawdziwy. Do końca życia będę szedł po tych stepach i próbował przenieść ten ciężar dalej, jakby dalej było to co mnie odciąży.

                I miałem tam przyjaciela i mijani ludzie byli tacy przyjaźni i czas też był stepowy. Każdy podróżnik zaczynał na tych stepach więc wszystko będzie dobrze.

               

 

Po resztę opowieści z tej historii zapraszam do książki Pana Nikt – „Podróż”. 

More in this category: « ...prawdę ...wstęp. »