wtorek, 27 marzec 2018 08:20

… warszawską przygodę Santany

Rate this item
(0 votes)

                 Gdy dowiedzieliśmy się z Gauerem, że Santana będzie w Polsce bez pytań kupiliśmy bilety. Nie mieliśmy jeszcze osiemnastu lat, ale to nie przeszkadzało nam by imprezować i każdego złotego dnia przysparzać światu kłopotów. 

I tak właśnie narodził się ten pomysł. Byliśmy wtedy u P., a właściwe u jego babci w domu, staruszka wyjeżdżała na weekendy do córki, a my, ukradkiem, zapraszaliśmy pół szkoły, wiedząc, że drugie pół dowie się pocztą pantoflową i uczyliśmy się pić wódkę, śpiewać, lekceważyć kaca i podrywać dziewczyny, które pierwszy raz były tak blisko!

                W potoku alkoholowej fantazji wyobrażaliśmy sobie jak to będzie, gdy będziemy już bogami rock and rolla i czy ma sens do tej pory cokolwiek robić. Nie byliśmy wcale wielkimi znawcami tego gatunku, po prostu płoną w nas ten sam ogień co w Micku Jaggerze. Byliśmy tak nakręceni rwaniem strun i kosmicznymi poszukiwaniami, że potrzebowaliśmy odrębnej planety by zmieścić na niej nasze emocje.

                I tak pojechaliśmy na Santanę, bo był w tym momencie, w którym być powinien. Bilety kupił mój ojciec, my jeszcze nie mieliśmy kont, potem za pomocą wyszukiwarki wybraliśmy pociąg i ten powrotny też – ah! Ale to było dziewicze! Myśleliśmy, że potrzebujemy wieków by tama dotrzeć, przebić się przez Wawę i wrócić, to dlatego wylądowaliśmy w stolicy rano, a potem osiem godzin czekaliśmy na otwarcie bramy. Lecz czy było to dla nas problemem? Czy to piwo – Królewskie!, czy Ci ludzie na trawniku koczujący razem z nami i pielęgniarki opieprzające nas, że za przychodnią to nie jest kibel, nie były tego warte?! I wszystko zajedliśmy twarożkiem w kubeczku, chlebem i jednym z pierwszych kebabów w labiryntach dworca głównego, który był jeszcze przed przebudową, bo dopiero co ogłosili, że zorganizujemy Euro.

                Jeszcze dzieci – nie potrafiliśmy planować, na koncercie tak ściskał mnie żołądek, że nie mogłem się wyprostować, bo sama chmielowa zupa nie wystarczyła na obiad. Jeszcze dzieci, ale takie zbuntowane! I cholera… takie szczęśliwe.

                W pociągu spaliśmy do samego zakrętu na lewym brzegu Wisły, Gauer był jeszcze bardziej wyluzowany niż ja, brakowało mu tylko jego ukochanego basu pod ręką i usiadłby przed drzwiami dworca i zarobił na powrót. Kupiliśmy piwo, a potem skierowaliśmy się w stronę autobusów, rozkład sprawdziliśmy wcześniej, ale nie był to pewnie nasz pomysł, może Róża albo ojciec nam podpowiedział. Wsiedliśmy, Warszawiacy jechali do pracy i nigdzie indziej nie wygląda to aż tak ponuro. Ale wschodziło słońce, było zielono, wydawało się, że to będzie ostatnie lato w historii świata i na zawsze będzie już pławić się w jego miłości.

                Nuciliśmy „Warszawę” T.Love, jedną z pierwszych piosenek uwiązanych w naszej pamięci i naprawdę nie mieliśmy się czym przejmować. Świat nie wydawał się taki zły pod bramą stadionu Gwardii, nie wydawał się wielką kulką rządzoną przez idiotów, która kiedyś eksploduje i zabierze w otchłań nasze strachy. Był całkiem ciepły, przyjemny, a żółte tramwaje, które liczyliśmy, wystarczyły by zabić nudę.

                Zaczęło się pojawiać coraz więcej ludzi, kręciła się pomiędzy nimi młoda dziewczyna. Okazało się, że robi wywiady do gazety czy portalu i trafiła na nas. Zapytała skąd jesteśmy i czy bardzo lubimy Santanę. Powiedziałem, że tak, ale nie tak bardzo, że poszlibyśmy z nim do łóżka, choć kto wie… Gaurer śmiał się topiąc twarz w rękach, a ja czekałem, aż jej długie palce u rąk przemienią się w dmuchawce i będę mógł je zdmuchnąć.

                Otworzyli! Wreszcie! Sprawdzili bilety, pomacali i byliśmy w środku. To były czasy, gdy płyta sięgała pod scenę i nikt nie dzielił jej na golden, mega golden i super mega golden circle.

                Na bis grały chyba Brathanki, ale nie jestem pewien, odpędzaliśmy od siebie Ślązaka, chłopaka trochę starszego od nas, który uwielbiał gadać przez cały czas trwania piosenek, potem milkł na przerwę i znów zaczynał zaciągać na następnym kawałku. Dżem grał drugi, Ślązak opowiadał o swojej pracy i drodze tutaj. Raz przepytał mnie z kawałków jakie grali, to był cover Nalepy, wiedziałem, dumnie poklepał mnie po plecach, mówiąc, żem dobry chopak! I tak do końca.

Pamiętam, że zebrały się nad nami ciężkie chmury, jakby cały dzień chciał zgromadzić się nad stadionem. I lunęło. To była burza stulecia. Ze sceny krzyczeli, żebyśmy nie bali się deszczu… a potem zniknęli w garderobach. Staliśmy z zwieszonymi głowami, przemoknięci do suchej nikt, a nad nami trzaskały pioruny! Waliły jak pałki w bębny, jak bicz, jak kopnięte ognisko! A po dwudziestu minutach ktoś uniósł nas ku niebu i znów otuliło nas słońce.

I wtedy wyszedł Santana, a właściwie Carlos, bo tak pozwolił mi do siebie mówić, gdy przeszedłem do niego odważnie po ścieżce z nut, którą kreował grając Samba pa ti i Europa.

A Gauer na chwilę przestał być człowiekiem albo stał się nim naprawdę, w zależności jak na to spojrzeć. Ja widziałem, że płacze, prosto w sercu, a te łzy to małe śrubki, które chował w woreczku tak by za ich pomocą naprawić świat. Bo Gauer naprawdę śpieszył się go ocalić.  

I nawet Ślązak zamilkł. A co starsi fani, dla których to wydarzenie było jak ponowny chrzest, zerkali na święty obrazek, do którego Carlos modlił się w naszej intencji i podnosili ręce, zmęczone życiem, twarde i suche ręce i zamykając oczy dziękowali, bo linie wytyczające oś świata zbiegały się teraz w tym punkcie, dla tych ludzi, dla muzyki i…

Złożyliśmy ręce jak do modlitwy, ale nie musieliśmy się już za nic modlić, Santana był w Warszawie i tak zaczynał się moja przygoda z wielkimi koncertami.

Wróciliśmy tą samą drogą w zapchanym autobusie popijając odzyskane Królewskie. Pociąg mieliśmy w nocy, ale udało się nam przebukować bilety i po kebabie wsiedliśmy do zielonego wagonu pełnego ludzi, którzy musieli, po prostu musieli usłyszeć o tym co przeżyliśmy. Więc zasnęliśmy, a z naszych twarzy nie zszedł uśmiech i snuliśmy opowieści w świecie mar i snów cały czas nucąc te latynoskie dźwięki światła.

A gdy o tym myślę, przed oczami mam kilka drzew nad sceną w sercu polskiej ziemi, których liście kołysały się niczym meksykańskie lampiony, tańcząc jak wszystkie gorące dziewczyny z kraju ognia i papryk.

 

I ja z Gauerem pomiędzy nimi.