czwartek, 19 kwiecień 2018 11:18

…te kilkadziesiąt filmów, które są na l i ś c i e !

Rate this item
(0 votes)

                 A zacznę od dwóch, które obejrzałem największą ilość razy, co nie oznacza, że wybieram je jako najlepsze ze wszystkich. Nie, jeśli chodzi o podium to trudno będzie ułożyć mi taki ranking. 

Filmy, które zapisałem są tymi, które w przeróżny sposób przeniknęły mnie aż poczułem, że nie muszę zazdrościć tym, którzy mogli być na premierze Thelma i Louise albo Odysej kosmicznej…

                Poza tym ja po prostu lubię ciężkie kino (choć te dwa tytuły nie wpiszą się w ten kanon) i lubię jak nikt nie daje mi podpowiedzi, nie wyciąga ręki, nie ułatwia. Lubię, jak twórcy obrócą się plecami i nie wzrusza ich błaganie o zmianę tonu. Lubię ciężkie klimaty, ale nie dlatego by się sponiewierać czy puszyć, że przejąłem się jakimś niszowym projektem. Taki po prostu jestem i w moim przypadku chodzi po prostu o upodobania.

                 Filmami obejrzanymi przeze mnie największą ilość razy są: „Ogniem i Mieczem”, oraz „Władca pierścieni”, szczególnie druga część, z którą zbliżyłem się do dwudziestu wyświetleń. Pierwszy film nałogowo trawiłem, gdy chodziłem do podstawówki. To było dla mnie jak bajka, konie, szable, wybuchy, pojedynki, poświęcenie, a potem mogłem to wszystko odtworzyć bawiąc się klockami LEGO.  A wolałem się tak bawić niż chodzić do szkoły. Już wtedy nie rozumiałem ambicji, trawił mnie stres i czułem się stłamszony, gdy z wypracowania dostawałem piątki, a przecież zasługiwały co najwyżej na dwóje, bo były dokładnie takie jak tego wymagała pani. Nie rozumiałem wrzasków nauczycieli, szczególnie jednej, takiej co miała takie psychopatyczne spojrzenie i nigdy nie mrugała… potrafiła trząść szybami w oknach samym głosem. Nie rozumiałem dzwonków, lekcji, belfrów, którzy wyżywali się na mnie, bo byli tylko belframi i zabierania wolności, gdy zabawa pogubiła nas w lesie wokół szkoły i za karę zabroniono nam tam przebywać. I ten wyścig szczurów! Kto to wymyślił?! Wtedy pierwszy raz zrozumiałem, że zdarzenia nie muszą mieć ludzkich przyczyn, wystarczy rozpędzić maszynę i sama będzie się kręcić, maszyna nienawiści, strachu i agresji, szczególnie tej psychicznej…, bo psycholog mówił, że coś jest z nami nie tak, ale nie wie co, bo każdy z osobna to tylko mały dzieciak z dużą wyobraźnią, ale razem przemieniamy się w sztandary, które łopoczą na wichurze wbite w groby przeciwników.

                A film i zabawa niczego ode mnie nie wymagały, bo filmy jak i muzyka i sztuka w ogóle nie są ani liberalne, ani konserwatywne, ani naukowe czy drobiazgowe. I nie mają programów, ocen, list i nie wymagają walki. Sztuka jest podobna do kosmosu, a kosmos jak wiemy jest jak cisza.

                Więc sztuka jest.

                „Ogniem i mieczem” odtwarzało się na magnetofonie, przewijałem co nudniejsze kawałki i szykowałem się do bitwy moimi ludzikami na koniach. Tak też zaczęła się moja pasja do historii, a umiejętność analizowania historii cenię sobie niezwykle wysoko, wszak w ten sposób można przygotować się do przyszłości albo wiedzieć, że naszym głównym problemem jest niemoc wobec przyzwyczajeń.

                Oczywiście Skrzetuski i Mały Rycerz byli moją bandą i już od najmłodszych lat ceniłem Podbipiętę i jego etos, ale jak wiadomo dziecinni bohaterowie to proste formy, bo gdy dorastamy i zaczynamy pojmować świat po swojemu, doświadczamy życie, które jest coraz cięższe i nie ma łatwych rozwiązań przypominamy sobie o Bohunie i jego szaleńczej miłości, która nie znała granic ludzkich ani granic mar i strachów sprzed świata.

 

                Mój tata uwielbiał nagrywać filmy na video. Uwielbiał też, gdy rozpoczął nagrywanie w punkt i skończył dopiero po napisach końcowych. To było ważne, zbierał kasety, ale czas drwi z naszych miar. Nikt nie pytał się wtedy o prawa autorskie, nie było buforowania czy biblioteki, kopiowanie odbywało się w magiczny sposób, gdy dwa magnetofony (jden zapożyczony od sąsiada na zasiądzie ja tobie ty mi) połączyły kable mocy. I gdzie jest teraz to czarne pudełko z taśmą i białym paskiem po boku, na którym widniały tytuły i czas? Tak zapewne skończy i YouTube, zwyczajnie w zmianach, które przyjmiemy bezwiednie.

                „Władca pierścieni” to był film bardzo przeze mnie oczekiwany, oczywiście było kino, które wtedy było jak wakacje, rozmowy z kolegami w szkole, udowadnianie, że książka i tak jest lepsza (a wcale jej nie przeczytaliśmy), ale była też wyobraźnia, na długo po seansie, aż do zielonej płytki zdobytej przez mojego brata, któremu zawdzięczam stojaki wywalczonych, przegranych, utrwalonych krążków z muzyką, filmami i grami. Tak wyglądał wtedy Internet, baza danych za plecami w domach i komputery, na których można było wszystko samemu zmienić i nikt nie wiedział czym jest Informatyka

Mało orientowaliśmy się w czasie, było rano i wieczór, zmrok wyganiał nas z lasu, znad skarpy, czy zabawy w deszczowe dni i na pewno nie wiedzieliśmy, że można go marnować. A ja marnowałem godziny, dni przed tym filmem, przesuwając sceny dowolnie, spisując spostrzeżenia, a zeszyty piętrzyły się bez celu. Mogły to być tygodnie, w wakacje, po szkole, w trakcie. Jakby pieśni elfów wciągały mnie do puszcz, w których ktoś wie gdzie jest to czego szukam…

                I tym razem chodziło mi o bitwy, bajkowe klimaty, bohaterów i zło, które i ja chciałem pokonać. Dopiero później zrozumiem, że najdzielniejszą i najważniejszą postacią opowieści jest Sam i uniwersum Tolkiena, a szczególnie Władca z powodzeniem może konkurować z Biblią. Więc i jak z Biblii uczyłem się o sprawiedliwości, poświęceniu, szukaniu złota w oczach, nie w skarbcach, przyjaźni oraz braku zdziwienia, gdy losy świata kłębiły się pod moimi palcami. Bo ja to świat. Bo elfy i ludzie i krasnoludy i wielkie ostateczne bitwy i pierścień i niespodziewani pomocnicy i wiara i… bo we władzy pierścieni jest coś, co sprawia, że po obcowaniu z nim znów przypominamy sobie o co w tym wszystkim wokół nas chodzi.

                To zostaje. Mijają lata. Nowi znajomi, nowe ścieżki, a Władca wciąż przy nas.

                Dlatego też co jakiś czas, raz na rok, raz na dwa lata, zbieramy się ze Skubem i Różą i oglądamy cały film w wersji reżyserskiej. Ponad dwanaście godzin. By przypomnieć sobie, gdzie jeździec i jego koń… by przypomnieć sobie wartości i dźwięk kołysanego serca, które wycisza nas pod koniec i bez słów idziemy spać.