poniedziałek, 21 maj 2018 11:21

…pierwsze albumy, Linkin Park i zbieranie płyt. Część I

Rate this item
(0 votes)

         Jak żyć w świecie, gdzie wszystko jest za szybko, a tuba rozrywki, rozrywa Ci zmysły i gdy jeszcze nie skończyłeś podziwiać tego tworu, a już musisz sięgnąć po inny? I wszystko jest na pół, na fragmenty, które i tak wydają się za długie, a poza tym setki bodźców zakrywają wartości i nie masz wyjścia, musisz albo się zatrzymać i stracić pęd, a potem trudno będzie Ci się odnaleźć w świecie technologii dla wszystkich, dronów i smartfonów, albo kicasz i udajesz, że znasz się na wszystkim, słuchasz wszystkiego, czytasz wiele (choć czytanie nie będzie wymaganą umiejętnością), a Internet jest dla Ciebie panoramą. Czy ktoś znalazł jakąś trzecią drogę? 

         Urodziłem się i dojrzewałem w świecie bez YouTuba, serwisów informacyjnych 24h, Itunes, Spotify, Vevo, blogów, portali społecznościowych, Google i tsunami krótkich filmików o niczym. Nie cykaliśmy też fotek na każdym kroku, aparaty miały kliszę, a Tata nie lubił jak na zdjęciu był sam krajobraz bez ludzi. Mam też takie zdjęcie z urodzin, gdzie wyglądam jak kosz na papier toaletowy, ale nie było powtórek, jeden strzał i trauma na wieczność. Długi czas nie mieliśmy nawet Internetu, więc będąc ostatnim pokoleniem świata analogowego, świata telewizji, spotkań towarzyskich i dziecięcych hord bawiących się gdzie się da, wychowaliśmy się w wierze, że nabyte jest cenne, trzeba szanować czyjąś pracę, a muzyka to nie umilacz czy zagłuszać myśli z mikro słuchawek albo głośnika wystającego z dupska, a sztuka, którą robią daleko stąd. Byliśmy ubodzy, ale życie miało smak.

         Pamiętam jak dostaliśmy komputer, a brat skopiował parę płytek od kumpla i wgrał winampa, to była moja pierwsza sieć, odtwarzacz, ścieżki z folderów, był tam Bon Jovi i Gunsi i w kółko słuchałem tego samego. To jemu (pomimo, że sam gustował w Hip-hopie) zawdzięczam moją muzyczną edukację i w rezultacie rockandrollowy charakter. 

        Ojciec pokazał mi MTV Classic, chyba najlepszy kanał muzyczny tamtego czasu, a w niedzielę, jego kumpel z akademika, Marek Niedźwiedzki prowadził listę klasyków i były to perełki dekad. Pearl Jam, Metallica, znów Gunsi i Led Zeppelin. Nauczyłem się wtedy wszystkiego. Ale to było później, gdy mieliśmy kablówkę, bo wcześniej mogliśmy liczyć tylko na festiwal w Opolu. 

        Gdy rodzice byli na zakupach, w pierwszej galerii handlowej w mieście, hali targowej pod kopulastym sklepieniem i między budkami na targowisku, my biegliśmy na jej koniec do sklepu muzycznego, nie dosięgaliśmy do lady więc musieliśmy się trochę odsunąć i krzyknąć na sprzedawcę: „Można prosić te po dwadzieścia?”. Bez słów podawał nam katalog piraconych albumów i wystarczyło wskazać palcem, potem przekonać rodziców, potwierdzić i za dwadzieścia minut płyta byłą gotowa, z okładką i nadrukiem, działała bez zarzutu! Ale to też było później, gdy weszły płyty CD.

        Najwcześniej muzykę słuchaliśmy z kaset. Gauer, z którym byłem na Santanie, zbiera je do dziś, zawsze mówi, że ma do nich wielki sentyment i są bardzo nie doceniane. Myślałem, że taśma to pierwotny nośnik, nie miałem pojęcia, że wcześniej były płyty winylowe, które z pasją teraz zbieram. W wypadku kaset całą wiedzę na temat ich działania, odważania, wartości, również zawdzięczam bratu. Odpowiadał mi na wszystkie pytania, podczas słuchania największego boysbandu w historii, chłopaków z Backstreet boys! Mieliśmy taki wielki plakat, który wisiał nad jego biurkiem. Nie wiedzieliśmy jakie są praw show-biznesu, nic nie obchodził nas marketing, to była czysta muzyka, czysta dla nas wgapionych w radio i głośniki, zupełnie jakbyśmy słuchali tego z nieba. 

        Gdybym miał poddać chronologizacji dzieje słuchania, używając wrażliwości uszu i pamięci umysłu, która w tym wypadku przypomina mruczącego w kojcu kota, to najdalej sięgnął bym po piosenki Disneya, szczególnie Aladyna i Arabską noc, lecz szybko o nich zapomniałem, kot się przeciągnął i mój słuch przeniknęły nuty „Everybody” oraz pierwszej płyty Eminema. Cóż za zadziwiający początek! Kasety siekały odtwarzacz niczym tasak, nagrywane, przegrywane, ze stoisk na bazarach, zdobyte od znajomych, zapomniane i disco polo. 

        A z disco polo było tak: zaczęło się jeszcze w przedszkolu (można by sądzić, że to pierwszy gatunek jaki nas pochłoną, ale co można wymagać od dzieci, które podniecały się na widok organów w formie gitary! Bo jak to jest możliwe!? Organy na pasku jak gitara?!) rozpoczęła się wtedy audycja Disco Relax i Disco polo Live. Lista piosenek, a na koniec nagrania nadesłane do studia, na jednym z nich miała być nasza znajoma, a ja uparcie twierdziłem, że ją widziałem. I tuż przed końcem tata wyłączał telewizor, bo trzeba było już iść do kościoła, a potem sznurek smutnych dzieci kroczył nie chybnie do świątyni nucąc w myślach przeboje Shazy, Boysów, czy Bayerfull. Ja z tego wyrosłem, nauczyłem się pochłaniać dźwięki nie tylko przez bębenki i okazało się, że disco polo jest dla mnie za proste. I nagle wszyscy z tego wyrośli, wszyscy prócz kuzyna mojej kuzynki, który tą muzykę po prostu kochał. Zbierał kasety, odpowiadał zwięźle na krytykę i słuchał, a teraz pewnie śmieje się wszystkim w twarz, disco polo wróciło, choć dla mnie nie ma to nic wspólnego z tamtym zjawiskiem, wcale go nie gloryfikując, tu chodzi o coś więcej, o formę człowieka, ale to innym razem. 

       Znienacka zjawił się hip-hop. Czarni z gett rapowali o biedzie i systemie, który każe ich za ich urodzenie, a potem wybuchli polscy prekursorzy, którzy opowiadali z grubsza o tym samym, lecz jakby w innym kolorze. Co dzisiaj zostało z hip-hopu? Czarni już nie są biedni, więc nie ma o czym rapować, reszta raperów walczy o życie, bo dorosła, nowe nurty są jak tory lotu wiatru między źdźbłami i nie mówią już nic o ubogich, tym samym umiera ostatni gatunek, który coś jeszcze o nich mówił. 

       Ale ja nie uciekłem w duże bluzy z kapturem, czapki przekręcone na bok, golenie głowy na łyso, chwiejny krok i jeansy spuszczone do kolan (dobra, uciekłem, ale z zupełnie innych powodów). Przy okazji zmian systemu szkolnictwa, pojawienia się gimnazjum, gdzie mój brat, szybko zaznajamiający się z nową kulturą, ściągnął do nas kolejne zakręcone działa, wybuchło przekonanie, że nie tylko my słuchały muzyki i ten brak indywidualności może nam wyjść tylko na dobre. To było jak strzał heroiny, jak kilka takich strzałów, bo mój brat wysłuchał i pozostał wierny bitom i rymom, podczas gdy ja zakochałem się w rozpieprzonych bębnach, zgrzycie solo na gitarach i chrypiącym, wszystkożernym, głosie pijanych rockmanów.