poniedziałek, 21 maj 2018 11:26

…pierwsze albumy, Linkin Park i zbieranie płyt. Część II

Rate this item
(0 votes)

         Oczywiście, że trudno było zdystansować się od rocka lat dziewięćdziesiątych, wyglądało to tak jakby nagle chmara dzieciaków chciała być bardziej punk od swoich poprzedników, a jak można było to zrobić, mając za plecami Gunsów? Więc swoimi piskliwymi głosami, tatuażami i riffem bez przerwy na solo, krzyczały: „Jesteśmy tacy inni! Jesteśmy tacy skrzywdzeni! Odczepcie się od nas! Czy też was gnębią w szkole!? Chodźcie do nas! Pokażemy im! Lalala!” Tak było z Good Charlote, Limb Bizkit, Sum 41, Blink 162… i prawie Linik Park. A to prawie to bardzo dużo. 

         Tym prawie, zespół ten zasłużył na miejsce w „poważnym” nurcie. Tak, to określenie nie na miejscu. Nie chodzi o mainstream, czy o jakieś dzielenie, to zwyczajne uczucie, które towarzyszy nam, gdy obcujemy ze sztuką; każdy z nas wie (chyba, że mocno zatarł swoje zmysły) co jest tu grane, gdzie jest piękno, dobro i przygoda w postaci prawdy. Linkin Park to był pierwszy zespół, którego byłem świadomie fanem i co do którego płyt upierałem się, że można je przesłuchać nieskończoną ilość razy. Głównie chodzi mi o „Meteore”. Wyrecytuje większość tekstów, a kawałek Numb z Jay Z zaśpiewam bez przerwy, z wielką chęcią! i nawet wiem, gdzie dorzucić: „Joł! Joł!”, by było jak w oryginale. 

         A potem przyszło liceum (resztę wcześniejszego okresu jakoś przetrwałem, ale nie muzyka była mi w głowie. Trochę eksperymentowałem i choć dzięki temu poszerzyłem horyzonty, to nie mogę wymienić nic konkretnie, jakbym był na basenie i inni ludzie wskakiwali i wychodzili z wody tuż obok mnie, a ja uczyłem się pływać na grzbiecie). I wraz z nim przyszli koledzy, którzy kształcili się muzycznie zupełnie innym torem i pochłoną nas rock and roll. Pochłoną nas doszczętnie. 

         Bo wiecie, że rock and roll jest jak smak, próbujesz coś, to jest ciepłe, lepkie i wyraźnie słodkie i… tak… kiwasz głową… tak… myślę, że to właśnie jest rock and roll. I trudno wskazywać palcem, trudno oceniać i łatać, tak by charakteryzować formy, bo za chwilę znów coś chapiesz i tym razem krzywisz się, a Twoje serce przyspiesza bicie by dać Ci energię do ucieczki. To się nie uda, gdy nie spróbujesz; patrząc można wywnioskować z utworu tylko tyle rock and rolla, ile może go być na skórze kochanki zaraz przed dotykiem. 

         Albumy potaniały, MTV upadło, człowiek się skończył, a muzyka zawędrowała za daleko. Bo albo mamy jakiś krwiożerczy dead metal, matematyczny metal, granie jak na wielofunkcyjnym robocie kuchennym, albo wszystko co w worku alternatywy. I całą rzeszę ludzi, którzy robią muzykę z hobby, nie są artystami, a wytwórnie nie muszą im za dużo płacić, bo za dużo nie wymagają. W rezultacie młodym twórcą, którzy wiedzą po co jest muzyka trudno się przebić, bo na YouTubie byle głupek może nagrać hit. Zauważcie, że dziś wszystko liczy się liczbą wyświetleń, a nie jakością. Podsumowanie roku, podsumowanie dekady, największa oglądalność, subskrypcje. Kliknięcie zastąpiło słuchanie. A słuchanie to sprawdzam, to zmienianie świata pod swoim nosem, to wrażliwość, umiejętność krytycznego myślenia, wzmacnianie dupy i przekonanie, że sztuka pochodzi z kosmosu, a my mamy zaszczyt ją przetwarzać. 

         To nie prawda, że każdy może zrobić „zrobić” sztukę. To nie prawda, że każdy może zrobić muzykę, to nie prawda, że każdy może nauczyć się grać tak by stać się jednością z instrumentem, to nie prawda, że każdy sklei rap, to nie prawda, że nie trzeba za nic płacić, bo wszystko jest za darmo, to nie prawda, że taki system zniszczył rynek, to nie prawda, że każdy stracił, wielkie wytwórnie, korporacje muzyczne zawsze zyskują, to nie prawda, że to jest duch czasu, to nie prawda, że mamy ustawić się z boku, bo i tak nic nie zmienimy, to nie prawda, że muzyka ma przypominać tę z windy lub z galerii handlowej, to nie prawda, że masy mają rację i one tworzą gusta, i to wszystko nie prawda, nawet jeśli Internet mówi wam coś innego. 

 

         Dziś kolekcjonuje płyty, bo wreszcie oderwałem się od przekonania wpajanego mi w szkole, że wszystko da się prześledzić na fragmentach. Słucham całych albumów i rozumiem, dlaczego jest na nich tyle treści, a nie mniej lub więcej i jak klimat rodzi się za późno, ale zawsze zdąży i dlaczego płyta zaczyna się na opakowaniu, a nie na nośniku, który niczym diament połyskuje w świetle. Co jakiś czas sprawiając sobie niespodziankę kupię płytę winylową, bo jako nieliczny miałem gramofon w czasach, gdy mało kto wiedział czym on jest. Jak to się stało? Nie mam pojęcia, po prostu pewnego dnia wypatrzyłem go na allegro i tyle. To pewnie ten duch muzyki, brat ducha opowieści, wielka kula odbijająca się od lasów, łąk i miast, która namawia nasze wewnętrzne uszy i założę się, że są one gdzieś w brzuchu, by kupić gramofon, albo zaśpiewać całą płytę sierżanta pieprza na urodzinach u szwagra, którego nie widziało się już tyle lat…

         Nie jestem koneserem, nie zależy mi na wydaniach, chce słuchać, więc kupuję jak najtańsze. Do tego dokładam YouTube, który jak większość współczesnych wynalazków rozległ się w spolaryzowanym dualizmie, z jednej strony to ogromne medium, a z drugiej tyle w nim gówna! 

         Lecz do tego trzeba dojrzeć. Dojrzeć do przesłuchiwania całych dyskografii, do poświęceni czasu i cierpliwości. I wydaje mi się, że dzisiejszy świat, ludziom tą szanse dojrzewania odbiera. 

 

         Być może muzyka ewoluuje i dostosuje się także do technologii nowych czasów. Ale ja jeszcze nie. 

 

         Pamiętam jeszcze The Offspring i kawałki z American Pie, Avril Lavigne, bo sąsiadka bardzo ją przypominała, Luciano Pavarottiego, który wybrzmiewał na słuchawkach mojego ojca, Magika i Paktofonikę, wstęp do nowo muzy, finał popu w postaci The Black Eyed Peas, kawałek Hey ya Outcastu, drukowanie tekstów u mamy w pracy i dreszcz, gdy przedzieraliśmy się ze Skubikiem przez ocean utworów jakby ktoś przedzierał się przez nie po raz pierwszy, gdy czuliśmy, że to my, przecież to my je odkryliśmy! Cholera, to były czasy! Ale o nich wspomnę innym razem. 

         Pamiętam zdziwienie, przełamywanie tabu, koncerty jakie odgrywałem skacząc po łóżku, Bruca Springsteena, Marka Knopflera, muzykę elektroniczną i techno u kuzyna w garażu, pamiętam…