czwartek, 21 czerwiec 2018 20:35

…czytanie

Rate this item
(0 votes)

                Gdy byłem dzieciakiem nie czytałem wcale dużo. W domu były książki, ojciec zawsze jakaś miał w ręku; pamiętam, jak siedział w swoim fotelu, pochylony nad lekturą, z takimi wielkimi słuchawkami na uszach, były naprawdę ogromne i miały wystające pałąki, jakby były to słuchawki czołgisty albo kontrolera lotów kosmicznych w Huston.

                 Słuchać było cedzące się przez szpary utwory Luciano Pavarottiego i muzykę klasyczną i wszyscy wiedzieliśmy by mu teraz nie przeszkadzać, to był jego czas. Kolekcjonował kasety i lubił czytać te same książki kilka razy, jakby dawno temu zrozumiał, że nie da się przeczytać wszystkiego. Gdy nastała era płyt CD przeprowadziliśmy się i w nowym domu nie widziałem już tej sceny, ani fotel, ani słuchawki, ani te same książki, nie układały się razem w nowym miejscu. A może życie stało się trudniejsze?

                Nie lubiłem szkolnych lektur, nie rozumiałem dlaczego mam coś czytać na czas i czemu sam nie mogę sobie wybrać książek. Radziłem sobie, byłem bystry, „oglądałem” książki i pisałem długie wypracowania na ich temat i nie zmieniło się to przez lata, aż do końca ogólniaka.

                Brnąłem w streszczenia, Internet zaczął już wtedy pomagać, słuchałem opowieści dziewczyny albo zwyczajnie udawałem. Zawsze byłem dobrym kłamcą, zbierałem najpotrzebniejsze dane i dziergałem, nie raz wpadła za to pałą, ale często się udawało. W tym miejscu muszę wspomnieć o koledze P. Być może ja byłem w tym całkiem niezły, ale kolega P. był w tym bez dwóch zdań idealny. Raz do roku, w klasie humanistycznej, w ostatniej szkole w naszym życiu, mieliśmy przeczytać dodatkową lekturę, czasem wybieraliśmy z listy, czasem nie (raz, przez przypadek, zafundowałem klasie „Władcę much” zachwycając się nią w prywatnych spotkaniach z nauczycielką). Kolega P. nie miał czasu na tego typu bzdety, nie wybierał, nie czytał, lecz przed lekcją, siadał obok mnie i mówił:

- Co wybrałeś?

- Mechaniczną pomarańcze.

- Streścisz?

- Ale mamy dziesięć minut.

- To zaczynaj!

                Opowiedziałem, a byłem w tym dobry, zabrzęczał dzwonek, ustawiliśmy się przed drzwiami, a potem zajęliśmy swoje miejsca. Byłem przekonany, że kolega P. co chwilę będzie wytrącał mnie z transu i dopytywał o szczegóły. Ale nie. Kolega P. odezwał się tylko raz. Szepnął:

- Jak nazywał się ten doktor od tej terapii?

-  Doktor Brodsky.

- Dzięki.

                Ja dostałem piątkę, on pięć minus.

                W wakacje sięgałem po różne książki, oczywiście, że czułem wtedy luz, nie musiałem czytać w kółko przykazań z listy lektur, a poza tym czas odwracał się na drugą stronę i świeciło słońce i można było śledzić litery pod drzewem w ogródku u babci.

                A potem znów streszczenia, bajkopisarstwo, totalny bunt, zniechęcenie tematem i topornością epokowych dzieł. Poza tym, kiedy czytać, skoro było tak dużo podniecających rzeczy wokół? A gdy próbowałem to okazywało się, że kończąc jedną książkę byłem trzy do tyłu i nie będziemy już jej dłużej „przerabiać”. Kolega Skubik wymienił obecność za czytanie, nie było go dwa tygodnie, ale uporał się z „Lalką” przeczuwając, że to ona stanie się gwiazdą matur.

                Winą obarczałem uczenie na fragmentach, nawet gazetę trudno było przeczytać, gdy zniecierpliwienie ściskało mięśnie. Skoro mamy zwiedzić tylko fragment, to jaką różnicą będzie nie przeczytanie go wcale? Czytanie dla nastolatka jest gdzieś indziej niż słuchanie muzyki czy oglądanie TV. Poza tym wybuchnął Internet. Jest tak gdzieś indziej, że przypomina pogrzeb generała; bardzo dużo ludzi, epitafium, salwa honorowa, orkiestra, a w trumnie w ziemi leży jakiś trup.

                Ale stała się światłość. Skończyła się szkoła, zrobiłem listę. Moją pierwszą listę chcianych książek, nie mam pojęcia skąd wytrzasnąłem te tytuły, ale zaczynały się od „Hrabiego Monte Christo” Aleksandra Dumasa, odliczała przez Manna, Steinback i Cortazara na Tolkienie i Asimovie kończąc. Potem na zasadzie literackich poleceń dotarłem do moich świętych: Bukowskiego, Vonneguta, Pilcha i Jack Kerouac. Teraz nie sposób wymienić mi wszystkich, moja lista ma już kilkanaście stron, a książki przeczytane malują okładkowy pejzaż na jednej z głównych ścian mojego domu. Czytam jakbym dziobał okruszki, jak gołąb, jestem nikim bez moich książek i czytanie jest jedną z nielicznych rzeczy, bez których rzeczywiście nie dał bym rady żyć. Znajomi wpadają do mnie i rozglądając się po biblioteczce, zamyśleni dukają: „Hmm… takie coś nie za trudnego, ale z sensem… takie w drodze, ale i do poduszki… by coś odkrywać… ” i ja wiem czego chcą, zawsze wiem, sięgam, wydobywam i mówię, że to na pewno tego szukają. Książki czytam i kocham, są tak ważne, że nie sięgam po żadną metaforę by je opisać. Może tylko jeden sparafrazowany cytat; nie ma lepszego medium by przekazać to co artysta miał na myśli; ani jedno słowo mniej, ani jedno więcej. Na wschodzie mistrzowie medytują kucając i mantrując, w tej części świata medytacją są książki. To moje książki, to moje czytanie. Kto by się spodziewał?